Wpisy
Skończyła się w bankach era kredytów w euro. Nie zdążyliśmy się wprawdzie zbytnio nacieszyć, bo to dopiero kilka lat minęło, odkąd pierwsze banki nieśmiało wprowadzały kredyty na budowę liczone w euro, bo już mieliśmy wchodzić do Eurolandu. Tymczasem porobiło się zamieszanie i znów tylko kilka banków ma w swojej ofercie kredyt w europejskiej walucie. Ani mieszkaniowego, ani budowlanego w euro już raczej nie dostaniemy, bo tam, gdzie jeszcze w ogóle taka oferta jest, oprocentowanie rośnie, koszty kredytu też, a samo euro już się takie atrakcyjne nie wydaje.
Do łask wracają franki, a nade wszystko złotówki. Wprawdzie w złotówkach nadal drożej i za mieszkanie czy dom zapłacić trzeba w sumie nawet o jedną trzecią więcej niż w przeliczeniu na franki, ale nie ufamy obcym walutom i wolimy płacić więcej, ale we własnej. Mimo tego walutą rozliczeniową między deweloperami a bankami wciąż pozostaje często waluta zjednoczonej europy. Taki układ powoduje, że ceny mieszkań i domów zamiast spadać, rosną i to w tempie niespotykanym, choć tu można zobaczyć bardzo duża dysproporcję zmian pomiędzy różnymi miastami- w Katowicach podwyżki o dobre dziesięć procent, ale we Wrocławiu kilkanaście procent w dół. Kiedy się skończy ta huśtawka? Raczej nieprędko, bo nie wiadomo co dalej z euro, o franka i franka wszyscy się boją, bo nie wiadomo co będzie z frankiem po osłabieniu euro, a i bez niego dość już się strachu kredytobiorcy najedli, zanim interweniował bank szwajcarski. Jeśli więc chcesz kupić dom lub mieszkanie, musisz przepłacić w złotówkach, albo przepłacić we frankach szwajcarskich. Wybór jak między dżumą a cholerą, ale innego wyjścia na razie nie ma- może jeszcze dolar. Dżuma, cholera i trąd.
Skończyła się w bankach era kredytów w euro. Nie zdążyliśmy się wprawdzie zbytnio nacieszyć, bo to dopiero kilka lat minęło, odkąd pierwsze banki nieśmiało wprowadzały kredyty na budowę liczone w euro, bo już mieliśmy wchodzić do Eurolandu. Tymczasem porobiło się zamieszanie i znów tylko kilka banków ma w swojej ofercie kredyt w europejskiej walucie. Ani mieszkaniowego, ani budowlanego w euro już raczej nie dostaniemy, bo tam, gdzie jeszcze w ogóle taka oferta jest, oprocentowanie rośnie, koszty kredytu też, a samo euro już się takie atrakcyjne nie wydaje. Do łask wracają franki, a nade wszystko złotówki. Wprawdzie w złotówkach nadal drożej i za mieszkanie czy dom zapłacić trzeba w sumie nawet o jedną trzecią więcej niż w przeliczeniu na franki, ale nie ufamy obcym walutom i wolimy płacić więcej, ale we własnej. Mimo tego walutą rozliczeniową między deweloperami a bankami wciąż pozostaje często waluta zjednoczonej europy. Taki układ powoduje, że ceny mieszkań i domów zamiast spadać, rosną i to w tempie niespotykanym, choć tu można zobaczyć bardzo duża dysproporcję zmian pomiędzy różnymi miastami- w Katowicach podwyżki o dobre dziesięć procent, ale we Wrocławiu kilkanaście procent w dół. Kiedy się skończy ta huśtawka? Raczej nieprędko, bo nie wiadomo co dalej z euro, o franka i franka wszyscy się boją, bo nie wiadomo co będzie z frankiem po osłabieniu euro, a i bez niego dość już się strachu kredytobiorcy najedli, zanim interweniował bank szwajcarski. Jeśli więc chcesz kupić dom lub mieszkanie, musisz przepłacić w złotówkach, albo przepłacić we frankach szwajcarskich. Wybór jak między dżumą a cholerą, ale innego wyjścia na razie nie ma- może jeszcze dolar. Dżuma, cholera i trąd.
Coraz więcej na rynku pojawia się firm, które oferują swoim klientom profesjonalne sprzątanie domów, mieszkań, biur czy budynków użyteczności publicznej. Duży udział mają firmy, których główną usługą jest czyszczenie elewacji albo chodników, ponieważ do obu tych czynności potrzeba dość wyrafinowanego sprzętu. Na drugim miejscu natomiast są małe firmy, które korzystają z „normalnych urządzeń”, ale zajmują się głównie mniejszymi pracami: praniem dywanów, myciem okien, utrzymaniem posesji. Oczywiście wszystko to jest potrzebne, ale większość z nas i tak machnie ręką, że niby sami doskonale sobie radzimy. Może i we własnych domach jeszcze jakoś sobie radzimy, choć pranie dywanów czy tapicerek jest dla większości z nas czynnością całkowicie obcą. A co mają powiedzieć administratorzy szkół czy urzędów, gdzie okna są myte góra dwa razy do roku, bo nie ma komu tego zadania powierzyć? Domy i mieszkania są w miarę czyste, ale każda, nawet najmniejsza firma sprzątająca, byłaby w stanie sprawić, że zagościłby w nich idealny porządek. Może i tak, ale tylko dopóki chodzi o codzienne porządki. Wszędzie jednak tam, gdzie w grę wchodzą dodatkowe usługi, jak na przykład wypomniane wcześniej pranie dywanów, powinniśmy zaufać profesjonalistom. To ważne, bo dla wielu z nas kurz i brud oznaczają nasilenie objawów alergii, a sprzęt do tego typu prac do najtańszych nie należy, natomiast usługi utrzymania czystości nie powinny nas zrujnować.
Teraz na warsztacie mamy kolejny problem, który dotyczy, podobnie jak poprzednio, głównie mieszkań i to znów przede wszystkim w starszych budynkach. Problemowi temu na imię wanna. Bo stare, zniszczone, porysowane czy poobijane wanny to nic specjalnie dziwnego. Demontaż wanny to poważny problem (szczególne pozdrowienia dla mieszkających na wyższych piętrach w budynkach bez windy). Nie jest też jednak przyjemnie myć się w wannie, która sama domyć się nie daje. Lekarstwo, wymyślone zresztą nie tak dawno temu, to specjalne akrylowe wkłady do wanny. Najnormalniej w świecie do starej wanny wkłada się nową „wannę”, podłącza nowy odpływ i tyle pracy, a efekt jest o niebo lepszy. Oczywiście tu dostępne są różne zestawy: z drzwiczkami i bez, z listewkami, dziwolągami i kokardkami. Najprostszy zestaw do koszt około trzystu złotych, co w porównaniu z najtańszą wanną daje sporą oszczędność, a w zestawieniu z najtańszą, ale dobrej jakości- różnicę przynajmniej dwukrotną. Przy okazji nie trzeba się aż tyle męczyć, zwłaszcza, że wkłady wannowe montowane są przez ludzi z odpowiednim doświadczeniem, dzięki czemu nic nie przecieka, nie zalewa sąsiadów, ale też się nie brudzi, nie zarasta kamieniem i długo pozostaje czyste i świeże.
Zmorą wielu z nas są zimne mieszkania w komunistycznej wielkiej płycie. Nie wszystkie budynki doczekały się termoizolacji z prawdziwego zdarzenia, niektóre pewnie prędko się jej nie doczekają, w związku z czym każdy radzi sobie na własną rękę. Bardzo często przy wymianie okien ekipa monterska dociepla wewnętrzną ścianę przyokienną. Jest to rozwiązanie dobre, a przynajmniej znacznie lepsze niż brak jakichkolwiek rozwiązań. W zależności od tego, w jaki sposób takie docieplenie zostanie wykonane, może przynieść mniejszy lub większy zysk, ale w połączeniu z dobrej klasy oknami jest dobrym rozwiązaniem przynajmniej do czasu, kiedy budynek nie doczeka się zewnętrznej izolacji. Nigdy jednak takie docieplanie nie da efektu na tyle dobrego, o jakim można mówić, kiedy dociepli się zewnętrzną ścianę. Drugim problemem jest fakt, że często ekipy monterów nie wykonują docieplenia w sposób właściwy, przez co traci ono wiele ze swojej skuteczności, a ponieważ nie zawsze mają więcej czasu na wykonanie tej dodatkowej pracy, zdarzają się przypadki, w których nie tylko źle wykonane jest docieplenie, ale w których nie jest dobrze osadzone okno. Akurat takie docieplenia jesteśmy często w stanie wykonać samodzielnie, choć i tu ryzyko niedokładności jest duże, ale wielu z nas woli mieć słabo docieplone wnętrze, byle nie traciło ciepła w tak zastraszającym tempie jak dotychczas.
Wynajmując mieszkanie warto pomyśleć o zameldowaniu się pod tymczasowym adresem. W ten sposób dodatkowo umacniamy naszą pozycję i chronimy się przed właścicielem, który nagle może chcieć zerwać umowę. Lokator zameldowany może być tylko w legalnie wynajętym mieszkaniu, a więc przy okazji utwierdzimy się w przekonaniu, że umowa rzeczywiście jest rejestrowana w urzędzie skarbowym, a więc legalna. Po zameldowaniu pod tymczasowym adresem uzyskujemy wiele praw, których nie mamy nie będąc zameldowanymi, na przykład właściciel będzie od tej pory miał obowiązek znalezienia lokalu zastępczego, jeśli będzie chciał nas eksmitować. Ustalenie tymczasowego adresu jest też przydatne w korespondencji z urzędami, a także w przypadku gdybyśmy chcieli ubiegać się o kredyt. W kilku przypadkach będzie to konieczne nawet przy ubieganiu się o pracę. Meldunek nie jest czasochłonny, wystarczy bowiem wypełnić odpowiedni wniosek, zazwyczaj dostępny w stronach internetowych urzędu gminy, bo to ona zajmuje się meldunkami, potwierdzić prawdziwość danych swoim podpisem i wraz z właścicielem mieszkania stawić się w urzędzie. Wniosek rozpatrywany jest od ręki, wpis do ewidencji dokonywany jest natychmiast, a my możemy spokojnie mieszkać w wynajętym mieszkaniu.
O tym, że cena mieszkania zależy od lokalizacji to wiadomo nie od dziś. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę z tego, co generuje różnicę między cenami lokali położonych bardzo blisko siebie, a w nowym budownictwie najważniejszy z tych czynników jest wybitnie dobrze widoczny. Mowa o piętrze, na którym ulokowane jest nasze przyszłe mieszkanie. W zabudowie niskiej i średniej do czterech pięter z reguły nie ma windy, a to przekłada się na obniżenie kosztów mieszkań na górze. Różnica w cenie za metr może nie być znacząca, ale przy mieszkaniach nawet o przeciętnej powierzchni daje się ją wyraźnie odczuć. Winda jest obowiązkowym elementem konstrukcji przy budynkach wyższych niż cztery piętra, ale wówczas niekiedy stosuje się konstrukcje z wewnętrznym górnym szybem windowym, a więc w takim budynku winda dojedzie jedynie do przedostatniego piętra, np. w sześciopiętrowym do piątego. Wówczas również mieszkania na najwyższej kondygnacji będą nieco tańsze. Pewne znaczenie może w niektórych miejscach mieć także lokalizacja mieszkania względem sąsiednich- mieszkania położone na uboczu, graniczące tylko z jednym innym mieszkaniem mogą być tańsze lub droższe od takich, które przylegają do dwóch mieszkań- tańsze, jeśli stanowią mieszkania szczytowe, droższe, jeśli w ten sposób stają się w pewien sposób wyróżnione i bardziej prestiżowe.
Znalezienie mieszkania wymaga czasu. Sęk w tym, że akurat tego często brakuje i wtedy trzeba spróbować cały proces przyspieszyć. Nie zawsze jednak to jest możliwe, bo na przykład szukamy mieszkania poza miejscem stałego pobytu.
To jedna z tych sytuacji, w której można skorzystać z pomocy biura pośrednictwa obrotu nieruchomościami. Jednocześnie jednak może się okazać, że ta opcja będzie dla naszego budżetu mniej korzystna, ponieważ tego typu firmy mają różne sposoby zarabiania. Każdy z nich ma wady i zalety, ale rozpatrując sprawę z punktu widzenia klienta, można wskazać ten lepszy.
Omówmy jednak oba. Różnica techniczna jest niewielka, bo wysokość prowizji w obu przypadkach jest taka sama, jednak albo zapłaci ją sprzedający, albo kupujący (albo też wynajmujący i najemca). Druga opcja wymaga od nas nie tylko wkładu własnego na kaucję (jednokrotność lub dwukrotność czynszu, przynajmniej zazwyczaj), czynsz za pierwszy miesiąc, ale także wpłaty prowizji (zazwyczaj równowartość miesięcznego czynszu). Oczywiście mówiąc „czynsz” mamy na myśli stałą stawkę czyli czynsz, odstępne i zryczałtowane media łącznie. To oznacza przynajmniej trzy tysiące złotych na start. Kwota dość pokaźna. Dlatego z punktu widzenia klienta lepszym rozwiązaniem jest sytuacja, w której to właściciel zapłaci kaucję, ale może wtedy wzrosnąć miesięczny czynsz.
Podobnie zresztą rzecz ma się w przypadku innych podwyżek opłat- muszą one zostać skompensowane przez wysokość czynszu. Z drugiej jednak strony, jeśli mieszkańcy nie zgadzają się na podwyżkę, właściciel nieruchomości nie ma obowiązku dokładania do utrzymania budynku i ma prawo na przykład ograniczyć nakłady na ogrzewanie- jest to wprawdzie kiepska metoda, ale umowa najmu zawsze wiąże się z pewną dżentelmeńską umową.
Podwyżki czynszu zaskakują najemców bardzo często. Zaraz potem skarżą się oni, głównie do mediów, bo nikt inny nie będzie zajmował się rzeczami nieistotnymi, że właściciel działa niezgodnie z prawem. Podobne sytuacje są karą za nieznajomość zasad podpisywania umowy.
Umowa najmu co do zasady nie musi zawierać zapisu o podwyżkach, ale każdy rozsądny najemca powinien się go domagać. Zazwyczaj ustala się prób podwyżki na poziom inflacji z roku poprzedzającego podwyżkę plus ewentualnie jeden punkt procentowy. Trzeba uzgodnić z właścicielem lokalu szczegóły, bo jeśli w umowie nie znajdzie się zapis o warunkach ustalania czynszu, uznaje się, że właściciel ma prawo do zarządzania nim wedle własnej woli.
Bardzo często zresztą podwyżki nie wynikają z żądzy zysku, ale z konieczności. Właściciel nie będzie dopłacał do mieszkań, jeśli ogrzewanie jest centralne z pieca na ropę, a cena ropy wzrosła o jedną piątą. Ten koszt będą musieli pokryć mieszkańcy, co jest nie tylko zgodne z prawem, ale przede wszystkim logiczne.